wtorek, 15 stycznia 2013

Co się dzieje?

Witajcie moi Drodzy!

Muszę przyznać, że ogromnie się stęskniłam za pisaniem dla Was. Dziś przychodzę z postem informującym i wyjaśniającym moją przerwę w blogowaniu, gdyż ostatni post ukazał się tu niestety dość dawno...
A więc przyczyna mojej nieobecności nie jest miła... Praktycznie od końca świąt, aż do teraz, zmagam się z chorobami i walczę o swoje zdrowie. W wielkim skrócie - najpierw dopadła mnie okropna grypa, teraz leczę zapalenie płuc. Powoli wracam do świata żywych, z czego ogromnie się cieszę. Leżenie w łóżku, branie masy leków i wizyty u lekarzy wychodzą mi bokiem... 
W dodatku naprawdę brakuje mi prowadzenia bloga i aktywniejszego udzielania się w blogosferze. Zapewne ominęło mnie dużo, dużo ciekawych postów...
Dziś chciałam Wam napisać, co ze mną - nie chcę, aby blog był zakurzony i zapomniany ;). Nie obiecuję oczywiście od razu regularnych postów, ponieważ nadal muszę się skupić na powrocie do zdrowia, lecz w miarę możliwości postaram się dla Was coś przygotować - bardzo bym chciała!
Póki co mam wielką nadzieję, że wrócę tu na dobre jak najszybciej.
Pozdrawiam Was ciepło - dbajcie o zdrowie jak najlepiej umiecie!


***


Przez mój stan nie mogłam ogłosić wcześniej, że krem trwale koloryzujący Palette Salon Colors w odcieniu średni brąz 4-0 trafia do

mia.vico.

Proszę, zgłoś się do mnie w celu ustalenia szczegółów, gdyż w zgłoszeniu nie podałaś swojego adresu mailowego.

środa, 26 grudnia 2012

Bling bling ;))

Jak Wam mija wolny czas? Ja staram się go wykorzystać jak najlepiej - wreszcie mam chwilę na bezkarne leniuchowanie i nadrabianie zaległości książkowych, muzycznych i innych. 
Na dziś przygotowałam manicure, który gościł na moich paznokciach w ostatnich dniach. Oprócz tego, że delikatnie podkreśla paznokcie, jest bardzo praktyczny! Nie musimy się martwić o ewentualne wytarte końcówki, których możemy się szybko dorobić, krzątając się w kuchni. ;) W dodatku najważniejszy element - brokat - pięknie migocze, ale też wydaje się nieśmiertelny - zapewne wiecie, jaką przyjemnością jest jego zmywanie...
Manicure wykonywałam dość spontanicznie. Trochę żałuję, że pod świecidełka nie położyłam kryjącej bazy (np. H&M Make me blush), ale taki efekt też całkiem mi się podoba. Użyłam czterech lakierów (każdego po jednej warstwie), w kolejności : Pierre Rene French Manicure 07, Essie Mademoiselle, Essence Space Queen i My Secret 133.





Jako bazy pod całość użyłam lakieru bazowego peel off Essence z limitowanej kolekcji Ready For Boarding. Jest biały, właściwie to wygląda i pachnie jak klej. Wyschnięty jest przezroczysty. Ma za zadanie ułatwić pozbywanie się brokatu z paznokci, poprzez jego podważenie - lakier ma wtedy zejść w płacie. Z doświadczenia wiem, że używanie tej bazy lepiej sprawdza się przy całkowicie brokatowych lakierach, nie przy takich mieszankach. Wtedy łatwiej usunąć warstwy, chociaż niestety nigdy nie udało mi się zdrapać całego brokatu. Zdecydowanie bardziej wolę metodę z użyciem folii aluminiowej lub spożywczej, pozbywam się całego lakieru bez problemu, a paznokcie nie bolą, ani też nie są narażone na częściowe odrywanie się cieniutkich warstw płytki - kilka dziewczyn się na to skarżyło.
Jako top coat mój ulubiony Poshé. Jego recenzję możecie przeczytać tutaj - klik.



środa, 19 grudnia 2012

Migoczący kobalt

W ostatnim poście z pastelowym brzoskwiniowym różem wspominałam Wam, że mam ochotę na skrócenie paznokci i mocniejszy kolor. Długość została zmieniona, a że ostatnio mam niewiele czasu, potrzebowałam lakierów, które pozwolą mi na ekspresowy manicure i dadzą przy tym pożądany efekt. 
Padło na mój idealny kremowy kobalt - Miss Sporty 320. Jeśli jeszcze go nie posiadacie, a lubicie niebieskie paznokcie, gorąco zachęcam do wypróbowania, odcień jest warty uwagi. Na jedną, grubą warstwę, naniosłam kolejnego ulubieńca - OPI Mad As a Hatter. Już kiedyś pokazywałam Wam podobne połączenie (KLIK) - bardzo lubię łączyć kolorowy brokat z niebieską bazą.
Całość była wykonana bardzo szybko o nieludzkiej porze, więc wybaczcie duże odstępy od skórek.
Na zdjęciach po jednej warstwie każdego lakieru i top coat.



sobota, 15 grudnia 2012

Very Cherry Space Queen

Mam wrażenie, że im dłuższe są moje paznokcie, tym częściej mam ochotę na manicure w delikatnych kolorach. Wszelkie odcienie różu i brzoskwini, mleczne i delikatnie połyskujące są mile widziane. Dziś chcę Wam pokazać pewne połączenie - już dawno nie nosiłam tak słodkiej do przesady kombinacji. ;)
Obydwa lakiery to butelki Essence - pierwszy, Very Cherry, pochodzi z serii limitowanej Fruity - to jasny róż z ledwo widocznym srebrnym shimmerem i różowym brokatem. Drugi natomiast, Space Queen, możecie znaleźć w stałej kolekcji - to uroczo połyskujące drobinki w pudrowej, przejrzystej bazie.
Cóż więcej mogę napisać - lubię takie duety od czasu do czasu. Teraz za to mam ochotę na krótsze i ciemne paznokcie...:>
Na zdjęciach dwie warstwy VC i jedna warstwa SQ, top coat.








środa, 12 grudnia 2012

Make me blush

Dziś chcę Wam pokazać lakier, na który trafiłam podczas jednej z moich częstych wizyt w H&M. Przy okazji każdej z nich muszę koniecznie zajrzeć na dział z kosmetykami - uważam, że mają tak całkiem ciekawe lakiery, można trafić na oryginalne kolory, podobają mi się też ich brokaty. Od czasu do czasu pojawia się coś w stylu edycji limitowanych - zazwyczaj są to lakiery w buteleczkach, które odbiegają swym kształtem i etykietą od tych z kolekcji podstawowej. Ja ostatnio trafiłam właśnie na taką edycję, chyba nie ma żadnej nazwy, po prostu jest inspirowana Disneyem, a konkretnie Królewną Śnieżką. W jej skład wchodzą trzy lakiery - ja zdecydowałam się na Make me blush, który od razu wpadł mi w oko i musiałam się po niego wrócić ;). 
Jest to delikatny, pastelowy brzoskwiniowy róż, z bardzo subtelnym srebrnym shimmerem. Podoba mi się, że odcień na pierwszy rzut oka jest delikatny, a w pewnym oświetleniu bywa lekko jaskrawy. Jak dla mnie idealny, nie mam niczego podobnego w swojej kolekcji, co było argumentem nie do przebicia, kiedy zastanawiałam się nad jego zakupem ;).
Lakier ma sporą pojemność (15 ml), jego cena to 9, 90 zł. Ogromnie podoba mi się buteleczka - jak dla mnie jest piękna i klasyczna, i wszystkie moje lakiery mogłyby mieć właśnie taki kształt. Pędzelek jest wygodny, jednak jego trzonek mógłby być odrobinę dłuższy. Konsystencja jest dość rzadka, no i niestety - krycie również jest dość kiepskie. Jeśli macie cierpliwość do pasteli, nie będzie zapewne dla Was problemem nałożenie bardzo starannie trzech cienkich warstw - jak zrobiłam ja. Dopiero wtedy uzyskałam równe krycie bez smug.
Na zdjęciach trzy cienkie warstwy i top coat.








Poniżej dwa pozostałe lakiery z tej kolekcji.



Lubicie lakiery z H&M? :)

sobota, 8 grudnia 2012

Konkurs - wygraj Palette Salon Colors!

Tak, jak obiecałam w poprzednim poście, przychodzę do Was z małym i prostym konkursem :)
Nagrodą jest krem trwale koloryzujący Palette Salon Colors w odcieniu średni brąz 4-0.


Co należy zrobić, aby wziąć udział w zabawie? Wystarczy spełnić dwa poniższe kryteria:

być obserwatorem bloga Moody Ginger's Stuff

oraz

odpowiedzieć na pytanie, umieszczając komentarz pod postem:

dlaczego to właśnie do Ciebie ma trafić krem trwale koloryzujący Palette Salon Colors?



Jednocześnie chcę zaznaczyć, że osoba, która wygra, zobowiązuje się do przetestowania i zrecenzowania produktu - szczegóły znajdziecie w poniższym regulaminie.

Regulamin konkursu:

1. Konkurs trwa od 8.12.2012r. do 8.01.2013r. do godz. 20:00.
2. Organizatorem konkursu jest blog http://moody-gingers-stuff.blogspot.com/.
3. Nagrodą w konkursie jest nowy produkt - krem trwale koloryzujący Palette Salon Colors w odcieniu średni brąz 4-0, ufundowany przez Henkel Polska.
4. Pytanie konkursowe brzmi: dlaczego to właśnie do Ciebie ma trafić krem trwale koloryzujący Palette Salon Colors?.
5. Zwycięzca zostanie wybrany przeze mnie, na podstawie najciekawszej odpowiedzi, a wynik ogłoszony będzie na blogu do 13.01.2013r.
6. Nagrodę wysyłam tylko na terytorium Polski.
7. Zwycięzca zobowiązuje się do przetestowania i zrecenzowania produktu - recenzja ukaże się na blogu http://moody-gingers-stuff.blogspot.com/ we wspólnie ustalonym terminie.
8. Osoby biorące udział w konkursie muszą mieć ukończone 18 lat lub posiadać zgodę rodziców.
9. Jednej osobie przysługuje jedna odpowiedź w formie komentarza napisanego pod tym postem.
10. Konkurs nie podlega ustawie z dnia 29 lipca 1992r o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 r. Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).
11. Udział w konkursie jest równoznaczny z akceptacją regulaminu.
12. Zastrzegam sobie prawo do zmiany powyższego regulaminu.


Zapraszam do udziału! :)


Palette Salon Colors - recenzja

Dziś post o zupełnie nie paznokciowej tematyce - chcę Wam przedstawić produkt firmy Schwarzkopf. Jakiś czas temu otrzymałam go w ramach współpracy z dystrybutorem HENKEL. Jest to Palette Salon Colors, krem trwale koloryzujący, w odcieniu ciemny brąz 3-0. Nie, farby nie testowałam osobiście, gdyż nie farbuję włosów i nie zamierzam ;) Podzielenia się ze mną i z Wami opinią podjęła się pewna osoba z mojego otoczenia. Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej - zapraszam do dalszej lektury :)


Zacznijmy od opisu producenta:

Krem trwale koloryzujący, zawiera profesjonalną mieszankę intensywnych pigmentów, wyselekcjonowanych i przygotowanych przez profesjonalnych stylistów - kolorystów, którzy na co dzień pracują przy pokazach mody! Efekt koloryzacji to wysoka intensywność koloru, wyjątkowy połysk, oraz doskonałe pokrycie siwych włosów. Zastosowana po koloryzacji wzmacniająca odżywka zapewnia włosom głęboką pielęgnację, odbudowuje ich strukturę od wewnątrz i otula ochronną warstwą od zewnątrz. Nowa Palette Salon Colors to wyjątkowo intensywny kolor inspirowany trendami mody i zdrowy wygląd włosów o niesamowitym blasku!



Jak wspomniałam wyżej, wybrałyśmy odcień ciemny brąz 3-0. Moja testerka nigdy wcześniej nie farbowała włosów. Zdecydowała się na ten krok, chcąc nieco pogłębić swój naturalny kolor - ciemny, kasztanowy brąz i ukryć gdzieniegdzie pojawiające się siwe włosy. Dla mnie to również był debiut - pierwszy raz wcieliłam się w rolę fryzjerki i farbowałam komuś włosy ;)
Zaczęłam oczywiście od bardzo dokładnego przestudiowania opakowania farby oraz załączonej instrukcji. Znajdziemy tam wszystkie potrzebne informacje, dotyczące samego produktu, sposobu jego aplikacji (w przypadku nakładania na całe włosy lub tylko na odrosty) oraz pielęgnacji po koloryzacji.
Myślę, że wszystko jest opisane dokładnie i czytelnie, a osoba mająca pierwszy raz styczność z produktem tego typu, nie będzie się obawiała użycia go z braku niewiedzy, jak to wykonać.



Oprócz instrukcji, w kartonowym opakowaniu znajdziemy tubę z kremem koloryzującym (50 ml), buteleczkę z emulsją rozwijającą (50 ml), saszetkę z wzmacniającą odżywką nadającą połysk (15 ml) oraz jedną parę foliowych rękawiczek.



Po odpowiednim przygotowaniu stanowiska i testerki, przystąpiłam do farbowania. Instrukcja informuje, że na włosy do podbródka lub dłuższe, w razie pierwszego farbowania należy użyć dwóch opakowań. Nieco mnie to zmartwiło, jednak buteleczka powstałej mieszanki wydała mi się wystarczającą ilością na włosy sięgające za ramiona - i nie myliłam się. Aplikacja farby była dość łatwa - spodobało mi się, że butelka ma dziubek, przez który można dozować pożądaną ilość. Mieszanka miała odpowiednią konsystencję, która dobrze się rozprowadzała. Jako osoba z dość wrażliwym nosem zwróciłam uwagę na zapach - testerce on nie przeszkadzał, jednak dla mnie był dość silny i nieprzyjemny - konieczne było otworzenie okna.
Po 30 minutach spłukałyśmy farbę i nałożyłyśmy dołączoną odżywkę.

Jakie były efekty ,,po"? Kolor wyszedł intensywny, głęboki i bardzo ciemny - co z początku nieco nas zaskoczyło, ale testerka była zadowolona - a to najważniejsze ;) Odcień jest w chłodnej tonacji. 
Włosy ładnie błyszczały i nie wyglądały na zniszczone w jakikolwiek sposób - nie były przesuszone, ani sztywne. Farbie udało się też pokryć siwe włosy. Po wysuszeniu włosów suszarką wystąpiło lekkie swędzenie skóry głowy, które jednak było krótkotrwałe.
Moja testerka nie zauważyła, aby z czasem włosy były widocznie wyblakłe lub pozbawione blasku. Odnotowała, że przez dwa pierwsze mycia farba lekko wypłukała się, lecz nie wpłynęło to na wygląd włosów.

Na poniższych zdjęciach możecie zobaczyć kolejno trzy etapy - rozczesane włosy przed farbowaniem, w trakcie i po.



Podsumowując - myślę, że możemy Wam polecić ten produkt. Efekt, jaki daje na włosach jest ładny i zadowalający. Jedyne, co mogę uznać za widoczny minus to nieprzyjemny i drażniący mój nos zapach, jednak jest chyba nieodłącznym elementem każdej farby do włosów.

***

Jeśli jesteście zachęcone do wypróbowania Palette Salon Colors, mam dla Was dobrą wiadomość!
Zajrzyjcie tu wieczorem, aby zgarnąć dla siebie jedno opakowanie :)

piątek, 7 grudnia 2012

Hello, Instagram!

Dziś krótki post informacyjny. Postanowiłam stworzyć blogowy profil Instagram i za pomocą tej aplikacji ułatwić kontakt między mną, a Wami. Nie korzystam z Twittera (póki co, niespecjalnie mnie pociąga ;)), a fanpage na Facebooku świeci pustkami, bo dawno o nim zapomniałam i jakoś mi tam nie po drodze - co w najbliższym czasie raczej się nie zmieni.



Chciałam więc zaprosić Was do zaglądania i śledzenia profilu pod nazwą moodygingersstuff.
Tematyka lakierowo - paznokciowa będzie zapewniona w 100%, obiecuję ;) Na razie jest tam jeszcze cicho i pusto, ale już niebawem...
I jeszcze jedno - koniecznie podzielcie się swoimi nickami - z chęcią zajrzę i do Was! :)

Miłego weekendu!

wtorek, 4 grudnia 2012

Chubby Cheeks

Brrr... Nie wiem, jak Wam, ale mi zdecydowanie nie podoba się, że zaczął się grudzień. Oznacza to coraz zimniejsze dni - dla takiego zmarzlucha jak ja to niezbyt dobra wiadomość. W dodatku śnieg - nic, tylko zakopać się pod kocem, z mruczącym i ogrzewającym kotem obok - co właśnie robię ;) Szkoda tylko, że czasu na relaks jest tak mało... 
Wracając jednak do tematu zimy - dziś chcę Wam pokazać lakier*, który, wbrew pozorom, kojarzy mi się z tą porą roku. Wszystko dzięki nazwie. Essie Chubby Cheeks powoduje, że w myślach pojawiają mi się dziecięce policzki z rumieńcami powstałymi od mroźnego, zimowego powietrza ;)) Chociaż lakier ten na moich paznokciach ma odcień jarzębiny z przewagą pomarańczowych tonów, w butelce (w naturalnym świetle) wygląda raczej bardziej jak czerwień z pomarańczowymi tonami. Może to być mylne, więc uważajcie, jeśli macie na niego chrapkę!
Wykończenie lakieru jest kremowe, pędzelek szeroki i wygodny, konsystencja jak bajka, krycie po dwóch warstwach.
Jeśli lubicie nosić takie rozgrzewające odcienie w chłodne jesienne i zimowe dni - jak najbardziej polecam :))

*za użyczenie go bardzo, bardzo dziękuję właścicielce :)

Na zdjęciach widzicie dwie warstwy + top coat; manicure uwieczniony po jednym pełnym dniu noszenia.






sobota, 1 grudnia 2012

Top coat Poshé - recenzja

Jak po tytule widzicie, dziś przybywam z wyczekiwaną przez niektóre z Was recenzją top coatu Poshé. Używam go od początku września, wykonując każdy manicure (o jego zakupie pisałam tutaj - klik). Myślę, że po trzech miesiącach testowania tego produktu, mam wyrobioną ostateczną opinię na jego temat - jeśli chcecie się z nią zapoznać, zapraszam do dalszej lektury. :)


Kilka słów od producenta:

Fast Drying Topcoat

Ten rewolucyjny produkt: szybkoschnący Topcoat z formułą wysychania w 5 minut zapewnia wysoki połysk oraz perfekcyjne wykończenie Twego manicure. Niezwykły połysk i brak kurczenia się tego Topcoat, powoduje iż jest on jednym z najlepszych Topcoatów dostępnych w tej branży.
Nie zawiera toluenu oraz formaldehydów.


Top coat zakupiłam na Allegro, kosztował mnie 26 zł (+ koszty przesyłki). Buteleczka o pojemności 14 ml zapakowana była w oryginalny kartonik. Produkt ważny jest 24 miesiące od momentu otwarcia.
Trzonek pędzelka (ok. 3,5 cm) jest wygodny, dobrze leży w dłoni i nie wyślizguje się w trakcie malowania. Sam pędzelek jest dość szeroki, co bardzo ułatwia nakładanie. Nie mam żadnych zastrzeżeń, jeśli chodzi o kwestię aplikacji. Zapach produktu jest raczej intensywny, chemiczny - warto otworzyć okno, aby szybko się go pozbyć. 
Konsystencja jak najbardziej mi odpowiada, top coat nie jest za gęsty, ani za rzadki - nie ciągnie się i nie rozlewa po paznokciu. Po trzech miesiącach użytkowania nie zaobserwowałam dużego zgęstnienia - jest ono tak nieznaczne, że nie wpływa na komfort użytkowania. Mogę też stwierdzić, że produkt jest całkiem wydajny - zużycie wynosi około pół buteleczki (używany przy każdym manicure, wykonywanym średnio co 3 dni).



Przejdźmy do chyba najbardziej interesującej kwestii - do działania i efektu, jaki daje Poshé. Top coat nakładam bezpośrednio po skończeniu malowania paznokci lakierem. Aplikuję go także na wolne krawędzie paznokci, dzięki czemu zabezpieczam lakier przed kurczeniem oraz przedłużam trwałość manicure. Producent zapewnia nas o szybkoschnącej formule. Rzeczywiście, top coat bardzo przyspiesza wysychanie lakieru. Po ok. 5-7 minutach lakier jest na tyle suchy, że dotknięcie jego powierzchni nie poskutkuje brzydkim śladem, a po 15-20 minutach manicure mogę uznać za suchy. Jest to wynik w pełni mnie zadowalający. Powierzchnia paznokci jest gładka i bardzo błyszcząca - prezentuje się niezwykle starannie.
Jeśli chodzi o kurczenie - nigdy nie zdarzyło mi się, aby top coat skurczył lakier z końcówek - może to jednak wynikać z faktu, że są one również pomalowane. Lekkie ściągnięcie jest natomiast zauważalne przy linii skórek - nie występuje jednak przy wszystkich lakierach, najbardziej widoczne jest przy wykończeniach typu jelly, czyli półkryjących.
Top coat lekko przedłuża trwałość manicure - nie spektakularnie, ale jest to kwestia, o której warto wspomnieć. Podoba mi się również, że nawet kilkudniowy manicure zachowuje gładką powierzchnię i blask - nie idealny, ale sprawiający, że paznokcie nadal wyglądają schludnie.

Podsumowując - jestem z tego produktu bardzo, bardzo zadowolona. Nie wyobrażam sobie malowania paznokci bez użycia przyspieszającego wysychanie lakieru top coatu. Wcześniej przez długi okres używałam Seche Vite Dry Fast Top Coat i to on był moim ulubieńcem, mimo kurczenia i dość szybkiego gęstnienia, które było uporczywe. Porównując szybko obydwa produkty - w kwestiach wysychania i połysku nieco lepszy jest Seche Vite, lecz w kwestiach technicznych - pędzelek, konsystencja, gęstnienie - wygrywa Poshé. Myślę, że obecnie to właśnie on jest moim numerem jeden w dziedzinie top coatów.


***

Jeśli jeszcze nie wiecie, wraz z Panną Marchewką szukamy nowej redaktorki bloga Polskie Lakieromaniaczki.
Jeśli jesteście zainteresowane, po więcej szczegółów zapraszam TUTAJ - KLIK. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...